poniedziałek, 09 lutego 2009
Takaka
Wyciągnęłam pamiętnik i spisuję dalej ...
Zjechaliśmy na dół do najbliższego Top 10 Holiday Parks w celu wykąpania się w ciepłej wodzie, użycia ludzkiej ubikacji, ogolenia się itd. Mąż generalnie krzywi się na takie polskie metody typu branie prysznica jeśli się gdzieś tam nie spędziło nocy i był przekonany, że nikt nam tego prysznica wziąć nie pozwoli. Ja wiedziałam, że jak się ładnie człowiek zapyta i zaproponuje zapłatę to się nad nami zlitują. Oczywiście miałam rację. Pani cieciowa za małą opłatą pozwoliła nam na luksusowy szałer w gorącej wodzie. Pamiętam, że czułam się wtedy jakbym straciła z jakieś 5 kg brudu. Nie, że byliśmy aż tak brudni, ale tak bardzo chciało nam się tego prysznica zakończonego gorącą herbatą na koszt Top 10 Holiday Parks. 
Wyruszyliśmy dalej. Na zachód znaczy się, czyli na południe. Zjeżdżało się dość ciężko. Wąskie i kręte drogi wymagały sporych umiejętności w prowadzeniu naszego gruchota. Ja bym pewnie spowodowała wypadek. W tych okolicach także nagrywano Władcę Pierścieni. 
Zatrzymaliśmy się na fish and chips w miejscowości Takaka. Takaka to miasto dzieci Woodstock. Jest tam masa sklepików z pamiątkami robionymi przez lokalnych artystów i restauracji serwujących organiczną strawę. Zatrzymaliśmy się w Wholemeal Cafe, która okazała się jedną z lepszych restauracji w jakiej do tej pory byłam. Nie chodzi mi o wygląd, ale o żarcie. Mieli tam naprawdę smaczne dania. 
Niektóre panie czytelniczki z pewnością pamiętają "e-booka", którego im przesłałam kilka miesięcy temu. Te przepisy pochodziły właśnie z tej restauracji. A dzisiaj, jakoże mam resztki kurczaka z wczoraj, właśnie robię Minestrone z tejże właśnie książeczki (wiem, że zupka powinna być raczej w opcji vegetarian, ale moja nie będzie).

Zdjęć z Takaki niestety nie mamy, dlatego wklejam cudze. Flickrowe. Też ładne.







Zdjęcia: timparkinson (ktokolwiek to jest)
    aussiestompy


wtorek, 27 stycznia 2009
CDN?
Została mi w sumie do opisania jeszcze połowa wycieczki. Po ponad roku mam w końcu czas, żeby skonczyć. Pytanie jest tylko takie- czy ktoś to będzie czytał?
niedziela, 04 listopada 2007
Cicha plaża pośród drzew
Postanowliśmy pojechać w bardziej ciche miejse i stamtąd wyruszyć na odkrywanie parku Abel Tasman.
Plan był następujący: zajechać do mniej popularnego kempingu (mniej popularnego bo z utrudnionym dojazdem) - Totaranui, popływać trochę w morzu i następnego dnia wybrać się na pieszą wycieczkę do Whariwharangi Bay i wrócić.
Dojazd do zjazdu do drogi dojazdowej był dość upierdliwy. Zakręty, pod górkę, i znowu zakręty. I tak przez kilka godzin, pomimo tego, że spodziewaliśmy się dojechać tam w godzinę.
Gdy dojechaliśmy do zjazdu okazało się, że przydałby się nam kamper z napędem na 4 koła. Droga była raczej powiedzmy nie asfaltowa. A w umowie z wypożyczalnią zgodziliśmy się na nie zabieranie auta na wycieczki off road.
Cóż było robić? Zawrócić się i zrezygnować? Postanowiliśmy mimo wszystko zaryzykować i wybrać się na 12 km dojazd do pola kempingowego i schroniska.
Po pierwszych 100 metrach musieliśmy się zatrzymać i podomykać wszystkie szafki i szuflady, bo zaczęło nam się wszystko otwierać.
Po pierwszy kilometrze zaczęliśmy stwierdzać, że może był to durny pomysł. Mimo wszystko jechaliśmy dalej. Z nadzieją, że może za  zakrętem pokaże się asfalt.
Ale asfalt się nie pokazał. Nie pokazał się przez kolejne 11 km.
Dojechaliśmy. Samochód wyglądał na cały.
Pole kempingowe okazało się właściwie kawałkiem lasu, gdzie można było postawić samochód. Był kibelek i prysznic i grill. Nie było ciepłej wody. Były też meszki.

Plaża wyglądała tak jak na poniższym zdjęciu. Czyli jak w raju (gdyby nie te meszki, które zaczynały się pojawiać pod wieczór). Woda w zatoce Goat Bay była chyba najczystszą wodą w jakiej się do tej pory kąpałam.
Szybka kąpiel w morzu, baranina z grilla na obiad, oglądanie gwiazd i spanie.
Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę. Chodzenie po Abel Tasman jest dość interesującym doświadczeniem. Niby chodzi się po plaży, ale idzie się też po lesie, po skałach, po wodzie... Pole DownUnder poradziła nie ubierać sandałów, ani tym bardziej klapek. I bardzo dobrze, bo sandały to chyba ostatnia rzecz jaką chciałabym mieć tam na nogach.
Normalne buty do chodzenia po górach moim zdaniem są obowiązkowe. My akurat nie mieliśmy do pokonania odcinków z wysoką wodą i być może zmieniłabym zdanie gdybyśmy mieli. W każdym bądź razie normalne buty i skarpety spiszą się z pewnością świetnie.
I tak sobie szliśmy przez kilka godzin. Część po lesie i po skałkach była bardzo przyjemna, ale to łażeie po plaży jest trochę upierdliwe. Szczególnie podczas upału.
Na trasie nie spotkaliśmy zbyt wiele osób. Widzieliśmy natomiast masę pułapek na possumy i sporo fok.
Na początku trochę żałowałam, że nie zwiedzaliśmy Abel Tasman na kajaku. Ale  kemping w Totaranui wynagrodził, nie tylko kajaki ale wszystko inne co ewentualnie mogliśmy tam zrobić.












 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

REI.com Camping Gear